Trump przegrał wybory. Czy republikanie zaczną się od niego odsuwać? Rusza gra o Biały Dom
Wiceprezydent USA publicznie krytykuje decyzję o konflikcie z Iranem, podczas gdy Trump broni swojej polityki. W Partii Republikańskiej nasila się dyskusja o kandydacie na prezydenta w 2028 roku.
Quick Look
- Zaledwie kilkanaście godzin po wyborach wiceprezydent J.D.
- Vance napisał, że powodem porażki republikanów jest wojna z Iranem.
- Donald Trump nie zaprzecza politycznym kosztom konfliktu, ale broni swojej decyzji.
AI-generated summary
Why It Matters
Artykuł opisuje sytuację w Partii Republikańskiej po wyborczej porażce. Wiceprezydent J.D. Vance publicznie obwinia wojnę z Iranem za porażkę, podczas gdy prezydent Donald Trump broni swojej decyzji. Trump nie może kandydować na trzecią kadencję, co nasila dyskusję o jego następcy. Wymieniani są J.D. Vance, Marco Rubio i Ron DeSantis. Republikanie stracili kontrolę nad obiema izbami Kongresu, co osłabia pozycję prezydenta.
Zaledwie kilkanaście godzin po wyborach wiceprezydent J.D. Vance opublikował wpis, który odbił się szerokim echem w amerykańskich mediach. Napisał wprost: „Powodem naszej porażki jest wojna”. Chodzi oczywiście o wojnę z Iranem. To niezwykle mocne słowa, bo wypowiada je nie polityczny przeciwnik Donalda Trumpa, nie demokrata, ale jego własny wiceprezydent. Człowiek, który zasiada z nim w Białym Domu i który swoją obecną pozycję polityczną w ogromnym stopniu zawdzięcza właśnie Trumpowi.
Vance przekonuje, że wielu Amerykanów, którzy jeszcze dwa lata temu głosowali na republikański duet Trump–Vance, tym razem poparło demokratów.
Nie dlatego, że nagle zmienili wszystkie swoje poglądy, ale dlatego, że są rozczarowani. Chcieli zakończenia wojny, niższych kosztów życia, większego skupienia na problemach Amerykanów i zmiany podejścia do relacji z Izraelem. To właśnie te oczekiwania wiceprezydent wskazał jako powody wyborczego buntu. Teraz najciekawsze. Donald Trump nie zaprzecza, że wojna z Iranem zaszkodziła republikanom. Przyznaje, że konflikt doprowadził do wzrostu cen paliw, co mogło wpłynąć na decyzje wyborców, ale jednocześnie broni swojej polityki.
W rozmowie z „Wall Street Journal” powiedział, że zrobił to, co należało zrobić, i podjąłby taką samą decyzję ponownie. Mamy więc dwóch najważniejszych polityków amerykańskiej administracji, którzy dostrzegają polityczne koszty wojny, ale wyciągają z tego różne wnioski. Trump mówi: decyzja była słuszna. Vance mówi: ta decyzja kosztowała nas wybory. Czy to początek konfliktu? Jeszcze niekoniecznie.
Vance nie wypowiedział wojny Trumpowi, nie zerwał z nim politycznie i nie ogłosił, że odrzuca całą politykę obecnej administracji. Ale coś się zmienia.
Reuters, Associated Press i Axios zwracają uwagę, że wiceprezydent zaczyna publicznie zaznaczać własne stanowisko, a w amerykańskiej polityce takie różnice mogą nabierać szczególnego znaczenia, gdy zbliża się walka o prezydenturę. Bo J.D. Vance ma problem. Jeśli za dwa lata będzie chciał zostać prezydentem, będzie musiał przekonać Amerykanów, że potrafi samodzielnie kierować krajem. Nie wystarczy powiedzieć, że przez cztery lata był lojalnym zastępcą Donalda Trumpa. Zwłaszcza jeśli wyborcy będą pamiętać, że to właśnie politykę tej administracji odrzucili w wyborach do Kongresu.
Z drugiej strony Vance nie może po prostu odciąć się od Trumpa. To przecież Trump uczynił go swoim kandydatem na wiceprezydenta. To dzięki niemu Vance znalazł się w centrum amerykańskiej polityki. A miliony republikańskich wyborców nadal identyfikują się przede wszystkim z Donaldem Trumpem. Tu zaczyna się polityczna łamigłówka. Jak powiedzieć wyborcom: jestem kontynuatorem polityki Trumpa, ale nie powtarzajcie wobec mnie zarzutów, które kierujecie pod jego adresem? Jak zachować poparcie ruchu MAGA, a jednocześnie przekonać tych, którzy odwrócili się od republikanów?
Zresztą pytanie, czy ruch MAGA w tej formule przetrwa? To może być jedno z najważniejszych pytań nadchodzących miesięcy. Nie tylko Vance będzie musiał na nie odpowiedzieć, bo w tej politycznej układance pojawia się również Marco Rubio. Obecny sekretarz stanu, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków republikańskich, od dawna wymieniany jest jako potencjalny kandydat na prezydenta. Przypomnę ciekawą scenę z końcówki kampanii wyborczej. Donald Trump występował na wiecu w Corpus Christi w Teksasie. Nagle zaprosił na scenę Marco Rubio.
Mówił o jego popularności, a zgromadzeni zaczęli skandować nazwisko sekretarza stanu. To nie było oficjalne wskazanie następcy, ale był to kolejny moment, w którym Trump publicznie eksponował Rubio. Zresztą prezydent od miesięcy podsyca spekulacje dotyczące swoich potencjalnych następców. Raz chwali Vance'a, innym razem Rubio. Mówił nawet, że wspólny start obu polityków byłby bardzo trudny do pokonania. Tyle że nie wskazał jednoznacznie, który z nich miałby ubiegać się o prezydenturę.
Co więcej, już po wyborczej porażce republikanów Trump został zapytany, czy rozmawiał z Vance'em o wyborach w 2028 roku. Odpowiedział, że rozmawiają o wielu sprawach, ale nie wiadomo jeszcze, kto wystartuje. Dodał nawet, że być może Vance w ogóle nie będzie kandydował. To ważne zastrzeżenie. Trump nie powiedział, że Vance nie ma szans wygrać. Powiedział jedynie, że nie wiadomo, czy wystartuje. Ale politycznie taka wypowiedź pokazuje jedno: wiceprezydent nie otrzymał jeszcze publicznej gwarancji, że zostanie namaszczony na następcę.
Rubio również ma własne polityczne ambicje i doświadczenie. W 2016 roku sam walczył o republikańską nominację prezydencką. Ostatecznie przegrał z Trumpem. Dziś jest jednym z najważniejszych członków jego administracji. Oczywiście nie można wykluczyć, że Rubio poprze Vance'a, zamiast z nim rywalizować. Sam wcześniej mówił o takiej możliwości. Ale dopóki nie ma oficjalnych deklaracji, nie można uznać tej sprawy za rozstrzygniętą.
Jest jeszcze trzeci polityk, którego nie wolno pomijać. Ron DeSantis. Ustępujący gubernator Florydy, były rywal Donalda Trumpa w republikańskich prawyborach, który po ostatnich wyborach użył wyjątkowo ostrych słów. Mówił o porażce bliskiej politycznej zagładzie republikanów w niektórych częściach kraju. O wynikach, których konsekwencje partia może odczuwać przez wiele lat. DeSantis ma powód, by zabierać głos.
Floryda pozostaje jednym z miejsc, w których republikanie mogą wskazywać na swoje sukcesy, a gubernator może próbować przekonywać partyjnych działaczy, że jego sposób prowadzenia polityki przynosi lepsze rezultaty niż strategia przyjęta na szczeblu ogólnokrajowym.
Nie wiemy, czy DeSantis ponownie wystartuje w prawyborach prezydenckich, ale już raz próbował. Ma rozpoznawalne nazwisko, doświadczenie i własne polityczne zaplecze, a po takiej porażce Republikanów mogą pojawić się w partii głosy, że potrzebny jest nie tylko nowy kandydat, ale także nowy sposób prowadzenia kampanii. Tu dochodzimy do Donalda Trumpa.
W amerykańskiej polityce istnieje określenie „lame duck”, czyli dosłownie „kulawa kaczka”. Używa się go wobec polityka, którego wpływy słabną, szczególnie wtedy, gdy zbliża się koniec jego urzędowania i wiadomo, że nie będzie ponownie ubiegał się o to samo stanowisko.
To już ostatnia kadencja Trumpa
Donald Trump nie może kandydować na trzecią kadencję prezydencką. Zgodnie z amerykańską konstytucją obecna jest jego ostatnią. Teraz jego partia straciła kontrolę nad obiema izbami Kongresu. To oznacza, że Trump będzie miał znacznie trudniejsze warunki do realizowania swojego programu. Demokraci uzyskają większe możliwości blokowania jego inicjatyw, kontrolowania administracji i prowadzenia dochodzeń, ale jest jeszcze drugi wymiar tego zjawiska.
Republikańscy politycy zaczynają myśleć o własnej przyszłości. O kolejnych wyborach do Kongresu. O wyborach gubernatorskich. O prawyborach prezydenckich. O tym, czy za dwa lata nazwisko Trumpa będzie dla nich politycznym atutem, czy obciążeniem. I być może coraz częściej będziemy obserwować sytuacje, w których politycy nadal będą deklarować lojalność wobec prezydenta, ale jednocześnie zaczną zaznaczać, że w pewnych sprawach mają inne zdanie. Nie musi to oznaczać otwartego buntu.
Czasami w amerykańskiej polityce dystansowanie się od prezydenta zaczyna się od jednego zdania. Od krytyki konkretnej decyzji. Od stwierdzenia, że wyborcy oczekiwali czegoś innego. Dokładnie tak, jak teraz w przypadku J.D. Vance'a i wojny z Iranem.
Oczywiście Trump nadal ma ogromne wpływy w Partii Republikańskiej. Nie stracił ich automatycznie wraz z wyborczą porażką. Nadal jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, nadal dysponuje potężnym politycznym zapleczem i nadal może wpływać na kariery republikańskich polityków. Nie należy więc mylić początku dyskusji o następcy z końcem politycznej dominacji Trumpa, ale zegar już tyka. Za dwa lata Amerykanie wybiorą nowego prezydenta, a znacznie wcześniej ruszy kampania przed prawyborami.
Kto przejmie dziedzictwo Trumpa?
Można się spodziewać, że mniej więcej za rok o tej porze będziemy już wiedzieć znacznie więcej o tym, kto zamierza ubiegać się o republikańską nominację. Niektórzy potencjalni kandydaci będą budować swoje struktury, zdobywać poparcie darczyńców, odwiedzać stany, w których rozpoczyna się głosowanie w prawyborach, i sprawdzać, jak reagują na nich wyborcy. A Donald Trump? Tu pojawia się jeszcze jeden interesujący element.
Trump przez lata budował swoją pozycję jako centralna postać Partii Republikańskiej. To wokół niego koncentrowały się kampanie, spory i polityczne emocje. Wskazanie następcy oznaczałoby jednak, że uwaga zacznie stopniowo przesuwać się na kogoś innego.
Czy Trump będzie chciał już teraz oddać komuś część politycznej sceny? Czy zdecyduje się poprzeć jednego kandydata, czy raczej pozwoli kilku politykom zabiegać o jego względy? Tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast, że po wyborczej porażce republikanów pytanie o przyszłość partii stało się znacznie pilniejsze. Walka o rok 2028 nie będzie dotyczyła wyłącznie tego, kto zastąpi Donalda Trumpa w Białym Domu. Będzie także sporem o to, czym ma być Partia Republikańska po Trumpie. Czy ma kontynuować jego politykę niemal bez zmian? Czy ma powrócić do bardziej tradycyjnego republikanizmu? Czy może zachować hasło „America First”, ale inaczej prowadzić politykę zagraniczną, szczególnie wobec Iranu i Izraela? I wreszcie: czy republikanie uznają, że przegrali dlatego, że odeszli od obietnic Trumpa, czy dlatego, że zbyt mocno związali swoją przyszłość z jego decyzjami?
Odpowiedzi na te pytania mogą podzielić partię znacznie bardziej niż dzisiejsze deklaracje. Jeszcze kilka dni temu najważniejsze pytanie brzmiało: jak wielka będzie porażka republikanów? Dzisiaj pojawia się nowe. Kto wyprowadzi ich z tej porażki i kto przejmie polityczne dziedzictwo Donalda Trumpa. J.D. Vance? Marco Rubio? Ron DeSantis? A może ktoś, o kim dziś mówi się znacznie mniej?
What to Watch
AI outlook — possibilities, not facts
W ciągu najbliższych miesięcy nasili się dyskusja w Partii Republikańskiej o kandydacie na prezydenta w 2028 roku.
Very likely · Within months
J.D. Vance, Marco Rubio i Ron DeSantis będą budować swoje struktury i zdobywać poparcie darczyńców.
Likely · Within months
Donald Trump nie ogłosi jednoznacznie swojego następcy w najbliższym czasie.
Likely · Within months
Open Questions
- Kto zostanie oficjalnym kandydatem Partii Republikańskiej na prezydenta w 2028 roku?
- Czy J.D. Vance zdecyduje się startować w wyborach prezydenckich?
- Czy Donald Trump poprze jednego z potencjalnych następców, czy pozwoli na rywalizację?
- Jaka będzie przyszła polityka zagraniczna Partii Republikańskiej wobec Iranu i Izraela?







