Policjanci mieli podpalaczy Starlinków w ręku. Dlaczego ich puścili?
Jak ustalił reporter RMF FM Krzysztof Zasada, Turcy podejrzani o dywersję nie zostali zatrzymani od razu, ponieważ w chwili kontroli brakowało dowodów na celowe podpalenie.
Quick Look
- Turcy podejrzani o dywersję w pobliżu bazy Starlinków nie zostali zatrzymani podczas pierwszej kontroli policyjnej, gdyż nie było wtedy dowodów na celowe podpalenie.
- Ich wylegitymowanie pomogło jednak ustalić tożsamość sabotażystów.
AI-generated summary
Why It Matters
W pobliżu Woli Krobowskiej doszło do pożaru instalacji w bazie Starlinków. Służby powiązały z wydarzeniem obywateli Turcji.
Jak ustalił reporter RMF FM Krzysztof Zasada, Turcy nie zostali zatrzymani, ponieważ w chwili, gdy natrafił na nich patrol policji, nie było jeszcze uprawdopodobnione, że doszło do dywersji. Mowa była o zapłonie instalacji.
Zapisy kamer monitoringu trafiały dopiero do analiz.
Miejscowi funkcjonariusze natknęli się na dwóch cudzoziemców około 10 kilometrów od Woli Krobowskiej, w której jest baza Starlinków. Było to przed 10:00, kilkanaście godzin po wybuchu pożaru.
Cudzoziemców wylegitymowano, spisano i - jak się okazuje - był to jeden z przełomów do tego, by ich potem zatrzymać.
Jakie są ustalenia polskich służb?
Polskie służby ustaliły, iż Turcy wjechali do Polski przez Świecko. Dotarli do Łodzi. Tam miała ich przejąć kobieta - ta którą także zatrzymano wczoraj w Berlinie.
Jak usłyszał nasz reporter, odnotowanie obecności wylegitymowanych Turków w okolicy pożaru pozwoliło odtworzyć ich trasy poruszania się w Polsce.
Udało się wyśledzić, jakim samochodem i którędy się poruszali. Analizowano dane z logowania się telefonów. To pozwoliło na ustalenie ich tożsamości i sporządzenie wniosku do Niemiec o zatrzymanie sabotażystów.







